Kapitan Spoke
Wyprawa w odmęty
-Byliśmy gotowi na wszystko. - Rozglądam się wokoło przyglądając się tłumowi słuchaczy. - Morska toń nie jest mi obca. Jestem żeglarzem sercem i duszą. Nie boję się ani sztormów, ani potworów. Nie dlatego, bo jestem odważny. To nie ich powinniśmy się bać, nie z nimi walczyć. Zgodzicie się ze mną, że pragnienie wolności, od wojen i ucisków, rozgrzewa nasze żołądki lepiej niż piracki rum! Moja załoga nie dała się zastraszyć ani omamić. Zrobiliśmy wszystko, by choćby nasze wnuki zobaczyły cień szansy, na życie bez ucisków Astry. Podniebna flota wciąż trzyma nad żeglarzami łapę. Kontrolują nas, czy aby na pewno zajmujemy się jedynie rybołówstwem, by swoją drogą, wszystko co złowimy napełniało żołądki kłamców. Gdyby faktycznie, w wodzie nie było niczego, co mogłoby dać nam nadzieje, dlaczego tak bardzo obawiali się niezarejestrowanych wypraw? Dlaczego, za złamanie tej zasady wieszano bez procesu, tych którym udało się przeżyć, gdy fale wyrzuciły ich na brzeg? Żadna poprzednia ekspedycja nie przyniosła żadnego efektu, nie przyniosła żadnej informacji. Nie wiedzieliśmy wtdy czego oczekiwać, ale każde działanie było lepsze niż podporządkowanie się tym, którzy zabierali wszystko i obdzierali nas z godności, wmawiając, że My! Kratończycy! Jesteśmy istotami o niższej wartości, że można zabierać nasze dzieci, by podcierały Astrańskie tyłki. Jestem młodym kapitanem, przed podróżą stałem jedynie na czele załogi rybackiego kutra. Dowództwo nad tajną ekspedycją otrzymałem od najwyższego wodza! Odznaczyłem się odwagą i determinacją. Cały żyję rewolucją, pewnie dlatego uznał, że w kwestii ryzykowania własną głową, na rzecz innych, będę doskonałym kandydatem. - W końcu Brotończycy nadają się do czegoś więcej, niż kopalni. - Jak wiecie było nas dwudziestu chłopa, a wyruszenie nie było proste. Dzięki Bogom i ich świętu, jeden dzień w roku, nawet strażnicy leżą przy ogniskach z czerwonymi gębami, wbrew nakazom swoich panów. Wody zachodnie są najspokojniejsze, mimo tego już kilka mil od brzegu nad żaglami rozciągnęły się czarne chmury. Spojrzałem w niebo i przez głowę przemknęła mi myśl, że to nie ma sensu. Mało który statek nie wrócił z tej misji, zazwyczaj morze wyrzucało pozostałości na brzeg. Nie pozwoliłem jednak, by załoga dostrzegła choćby cień moich wątpliwości. Ostatnie co pamiętam z tego sztormu to trzask fal i odbijające się od nich krzyki bosmanów, niosące moje polecenie. - Od razu przeszło mi przez myśl “Złożyć żagle! Złożyć żagle, nim połamie maszt!” - Przeżyłem jako jedyny. Pierwszy raz ocknąłem się dryfując na desce z naszego statku. Pamiętam, że gdy rozejrzałem się w około, nie dostrzegłem niczego, poza błękitem wody i nieba. Znów zemdlałem. Kolejny raz ocknąłem się już na złotej plaży. Istoty, których do tej pory nie widziałem, stały nade mną i przyglądały się. Dokonałem niemożliwego, choć sam jeszcze nie rozumiałem, co właściwie udało mi się osiągnąć. Przeżyłem na obcym lądzie cztery lata. Uczyłem się kultur, języków, zwyczajów i map. Poznawałem prawdę. Zbierałem księgi i informacje, sam zapisałem niejeden dziennik z tej podróży. Przede wszystkim zrozumiałem, dlaczego od wieków Astra utrzymuje, że wokoło naszego świata nie istnieje nic poza niebezpiecznymi wodami. Największy lęk przeszedł mnie, gdy zrozumiałem, że wszystkich nas oszukano. Pomyślcie o rybach. Dlaczego za wszelką cenę bronią ich jak pokarmu bogów? Jakby były na wagę złota. Od lat żadnemu z was na pewno nie udało się żadnej zjeść. Takie na przykład śledzie. - Wyciągnąłem jedną sztukę. Dobrze, że Kros przytargał tu tę beczkę, ze statku. Będzie lepszy efekt. - Można je marynować w beczkach i zabierać jako prowiant w dalekie wyprawy. Tak! Nie psują się wtedy i można spędzić na wodzie więcej niż dwa tygodnie i przepłynąć odcinek nawet dwa razy dłuższy. Tak się składa, że najbliższy ląd jest oddalony, od naszej krainy o miesiąc drogi jednym z naszych morskich statków. Nie potrzebujemy podniebnej floty, tylko wprawionych żeglarzy, którzy poradzą sobie ze sztormami! - Gapiowie z rozdziabionymi paszczami patrzyli teraz po reszcie mojej skromnej paczki. Choć staraliśmy się być dyskretni, uzbierała się całkiem spora grupa Kratończyków, którzy pomodli nam dostać się do zamku Volkruma. Czas opowiedzieć im, kogo przyniosły fale. - Poznajcie moją załogę, dzięki której udało mi się wrócić do domu. Na początku wspomnę o przyjaciołach, którzy odeszli. Nigdy nie słyszeliście o istotach nazywanych Goblinami, ja znałem najdzielniejszego z nich. Ralfo walczył u naszego boku w niejednym starciu. Chwała Ci bracie, dzięki tobie żyjemy. Wraz z nim straciliśmy cztery skrzaty domowe, które były z Panią Evą od lat. - Skinąłem w jej stronę, składając wyrazy szacunku i podziękowania. Gdyby nie Ona nie wiem, czy udałoby mi się kiedykolwiek wrócić. - Statek, którym przypłynęliśmy nie jest duży, ale z pewnością lepiej przystosowany to ciężkich warunków, niż okręty którymi dysponujemy. Po tragicznym starciu z morskim potworem musieliśmy poradzić sobie bez towarzyszy. Na szczęście nasza piątka wystarczyła, by udało nam się dotrzeć do brzegu. Poznajcie moich przyjaciół. Istoty, dzięki którym cztery lata mojej nieobecności były najwspanialszą, najżywszą i najbarwniejszą przygodą, jaką mogłem przeżyć. Pani Livio Lou. - Spojrzała na mnie leniwie spod różowej grzywki. - Nasz inżynier, mechanik, ale i wprawiony strzelec. Tylko nie dajcie się nabrać, na jej bajki o byciu niewinną. - Ostatnie zdanie powiedziałem to na tyle cicho, że pewnie tylko my słyszeliśmy. - Zawsze nosi w kieszeniach coś, czym mogłaby przyłożyć! - Dodałem głośniej. Po jaskini przeszedł pomruk niezręcznego śmiechu. Li uśmiechnęła się pod nosem kpiąco.
-Nie bójcie się, bez powodu nikogo nie zleję. - Ciężki metalowy klucz 14 już kręcił się na jej palcu. Cwaniara.
-Nasza towarzyszka każe nazywać się Evą z rodu Stradelin, magiczką najwyższego stopnia, króla Edergaru. Jest wysłanniczką człowieka, którego celem jest pokonanie Astry i zniszczenie ich potęgi. - Evelyn stała dumnie, z uniesioną głową, ale gdy gestem zaprezentowałem ją Volkrumowi, który jakby nie patrzeć wciąż był moim królem, nie ruszyła się o krok. - Jeśli obmyślimy strategię i wykorzystamy element zaskoczenia, będziemy mieli duże szanse rozbić złote miasto od środka. Są z nami jeszcze dwaj przyjaciele, dzięki nim uda nam się tam dostać. Kros i Troj to wysoko postawieni synowie Astrańskiego urzędnika. Z wiedzą i mocą jaką posiadamy, dzięki moim kompanom, możemy uwolnić Kraton spod ucisku. Wierzcie mi! Nadchodzą zmiany!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz